Tak tak, zachciało mi się ślicznych butów. Z resztą zgodnie z wyznawaną zasadą, że nie ważne, czy buty są wygodne, we właściwym rozmiarze, grunt że „wyglądają”. 8 godzin na 12 cm obcasach doprowadziło mnie do rozpaczy. Oczywiście nie wyobrażam sobie prowadzenia szklenia w innej pozycji niż stojąca. Po pierwsze lepsza emisja głosu, po drugie cudowne wrażenie absolutnej kontroli nad grupą. A że jak gadam, to łażę, więc ja te cholerne 8 godzin faktycznie przechodziłam, a nie przesiedziałam. Jak wracaliśmy wczoraj do domu, to myślałam, że zdejmę buty i będę szła pieszo, ale niska temperatura panująca na dworze podziałała na mnie trzeźwiąco. Obiecuję, że cały weekend przechodzę w martensach!
Wczorajszy dzień skończyliśmy z przytupem, a raczej hukiem za sprawą naszego kota, który w okolicy godziny 23 postanowił spaść sobie z parapetu (z drugiego piętra). A że Tide ostatecznie z kociego młodzieńca przerodził się w męskiego kocura i nabrał masy (12 kg), to strachu się najedliśmy. No bo jednak 12 kilo z drugiego piętra, to dość duża siła uderzenia. A rumor, jaki tym upadkiem zrobił wskazywał, że po drodze rąbnął jeszcze o parapet sąsiadów. Na szczęście, gdy tylko M zbiegł na dół, kociątko spacerowało pod klatką czekając na wpuszczenie.
Uciekam do wanny i na zakupy, bo o jakimś obiedzie czas pomyśleć.
Uciekam do wanny i na zakupy, bo o jakimś obiedzie czas pomyśleć.