Dlaczego tak jest, że gdy nasze marzenia są jeszcze w fazie mrzonek, tak bardzo ich pragniemy, wydają nam się absolutnym spełnieniem? A co, gdy marzenia zaczynają się urzeczywistniać? Ja jestem właśnie w tej drugiej fazie i wiecie co, zdecydowanie bardziej podobał mi się etap pierwszy. Dlaczego teraz jestem przestraszona, dlaczego zastanawiam się czy to ma sens, czy warto? Tak naprawdę zupełnie wystarcza mi świadomość, że marzenie jest osiągalne. Dlaczego boję się brnąć w jego realizację? Dlatego, że w praktyce może już nie być tak pięknie? Dlatego, że nigdy nie miałam szefa nad sobą, że zawsze byłam sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem? A może boję się, że zawiodę się na wymarzonej pracy, że zawiodę naszego Mistrza, że nasza relacja nie będzie już taka jak tutaj? W końcu jest tam ważnym profesorem, a ja tym razem mam szansę być oficjalnym pracownikiem, a nie jak do tej pory dobiegaczem z wolnej woli. Nie wiem czy mi się to podoba. Z drugiej strony zawsze chciałam uczestniczyć w budowie czegoś nowego, z trzeciej już chyba strony ta praca nie da nam przysłowiowego chleba jeszcze przez kilka lat. Tak naprawdę to my będziemy tam dawać siebie, swój czas, energię, pomysły. Obyśmy nie dopłacili do interesu, bo każde z nas ma szansę tylko na kawałeczek etatu. Każde z nas ma zarejestrowaną działalność, stałych klientów od lat, to dzięki temu się utrzymujemy. Zmiana miejsca zamieszkania oznacza budowę wszystkiego od nowa. Co, rozkręcać dwie firmy w nowym miejscu? Jeśli podpiszemy umowy, to raczej będziemy przynajmniej przez rok jeździć pomiędzy województwami. A co z kredytem mieszkaniowym? Kupować mieszkanie tu, gdzie praca czy tam, bo może za kilka lat…? A co z dzieckiem? Kiedy w końcu to dziecko? Jak pogodzić macierzyństwo z gonitwą po Polsce? A jeszcze studia nam się marzą, jedne podyplomowe, a drugie normalne 6 – letnie. Żeby rozpocząć naukę musielibyśmy się jednak przenieść, a z czego wtedy żyć? Mam kołowrót w głowie i zwyczajnie się boję, chciałam stabilizacji, a teraz wszystko jeszcze bardziej stanie na głowie. Perspektywy są wspaniałe, ale byłyby one dobre jakieś 5 lat temu. Teraz czas najwyższy na spełnienie naszej biologicznej roli, a mianowicie na wydanie na świat płodnego potomstwa. Ot, skrzywienie naukowe, można to było nazwać romantyczniej. Cała nadzieja we władzach, które ewentualnie mogą nie zgodzić się na nasze zatrudnienie. I znów byłabym w bardzo wygodnym położeniu, bo ktoś podjąłby za mnie decyzję wraz z jej konsekwencjami. Tchórz, tchórz, tchórz.