Wczorajszy dzień nastroił mnie refleksyjnie. I może nie tyle wspomnienia moje dotyczyły osób, które odeszły, lecz dnia Wszystkich Świętych sprzed lat. Udało nam się wczoraj pojechać do mojego rodzinnego miasteczka i podobnie jak przed rokiem zdziwiłam się bardzo. Jeszcze za moich czasów licealnych czy studenckich (a nie było to jakoś specjalnie dawno) uliczką biegnącą do cmentarza płynęła rzeka ludzi, a w sumie dwie rzeki w przeciwną stronę. Podobnie z resztą było na cmentarzu, zwłaszcza wieczorem. Zawsze było tam tyle osób, że wędrując z tłumem trudno było skręcić do grobów najbliższych. A teraz – pustki. Czy ludzie jadą na cmentarz dzień, dwa dni wcześniej, co by mieć problem z głowy? Żeby móc poświęcić 1 listopada na jedzenie, picie i telewizję? Jedno za to jest niezmienne od lat. Panie wyciągają z szafy futra i kapelusze, panowie garnitury i płaszcze z futrzanym kołnierzem. W końcu to modowa inauguracja sezonu jesienno – zimowego. Było tak przed laty, było i wczoraj gdy przyjrzałam się ludziom.
A tak z innej beczki, to troszkę się niepokoje, bo wszystko wskazuje na to, że moja mama złapała boreliozę. Mam nadzieję, że uda mi się ją wyciągnąć na prywatne badania, w przeciwnym razie będzie czekała jeszcze 3 tygodnie.