Jakoś mi tak dzisiaj „nie tak”, jestem rozdrażniona, nic mi się nie klei (nawet myśli), nie wiem co bym chciała, a czego nie, nic mi się nie chce, wszystko znów wydaje mi się beżowe i nijakie bleeee. Lepiej niech słoneczko wyjrzy, bo znów doła załapuję. Chciałam coś napisać, ale już sama nie bardzo wiem co, nawet nie wiem, czy książka którą czytam mi się podoba.
Znów zabawiłam się dzisiaj w perfekcyjną panią domu. Mieszkanko wysprzątane, kot wyczesany i wyczyszczony kocim szamponem, jedno pranie wyprane i powieszone, drugie wyprasowane, rosołek sobie bulgocze cichutko w kuchni. Istne cudo ze mnie.
Piję kawkę z mleczkiem, gryzę sobie cantuccini i wcale nie jest mi lepiej. Znów moje myśli krążą wokół nieśmiertelnego tematu zlecenia-pieniądze-oszczędności-kredyt mieszkaniowy. Rzygać mi się chce tym ciągłym przeliczaniem, zastanawianiem się, gdzie tu urwać wydatki, z czego zrezygnować, bez czego się obejść żeby uciułać kolejną stówkę. Nawet odkładanie 3 tysiaków miesięcznie nie rozwiązuje problemu. Bo co daje zaoszczędzenie 36 tys. w skali roku, gdzie na dobry start do kredytu mieszkaniowego potrzebne jest 100 tys. No bo wkład własny, co by kredyt był tańszy, opłaty notarialne, prowizja dla developera i jeszcze inne badziewia, urządzenie mieszkanka i dobrze gdyby jeszcze została jakaś malutka zakładeczka na wszelki wypadek, żeby jak golec nie skończyć. Na dodatek wiosna idzie, czas na nowa garderobę, bo w zeszłym roku w ramach oszczędności zaniedbaliśmy to trochę. Więc znowu nie będzie można każdej nadwyżki dokładać do lokaty „mieszkanie”, tylko dzielić to racjonalnie na „mieszkanie” i „wydatki niecodzienne”. Jak widać wcale nie trzeba mieć kredytu mieszkaniowego żeby się nim zamartwiać.
Jak myślicie co będzie wynikiem następującego działania:
Tide + M + pierwsza wspólna prawie wiosenna przejażdżka = ???????
Rozwiązaniem jest rozwalony koci transporter, tylko duet Tide&M potrafi sobie poradzić z rzeczami wnet niemożliwymi. I to radzą sobie głośno, na klatce schodowej, żeby wszyscy święci słyszeli. Cieszę się tylko, że nie była to jedna z naszych nocnych przejażdżek, bo wszyscy sąsiedzi byliby postawieni na nogi.
Aaaaa i jeszcze jedna zmiana tematu. Zauważyłam zadziwiona, że tym razem przed miesiączką nie dopadł mnie syndrom ” chcę jeeeeeść, dajcie mi kabanosa i czekoladę z orzechami”. Stwierdziłam, że siłownia naprawdę robi cuda z człowiekiem i to wszystko przez nią. Okazało się, że ochota na wielkie żarcie wcale mnie nie opuściła, tylko się troszkę spóźniła. I oto cudowny plan, który narodził się w mej głowie w poniedziałek około 23.00:
- Nie idę jutro na siłownię;
- Wstaję raniutko i biegnę po drożdżówki z kruszonką;
- Po drożdżówkach szybkie sprzątanie mieszkanka, jedziemy na kebab z sosem czosnkowym, a potem po kartonik (ten większy kartonik) faworków do kawki.
Na całe szczęście po przespaniu się z tym wspaniałym planem, nie miałam już na niego ochoty i grzecznie dałam się zabrać na siłownię (kebab i faworki tez odeszły w zapomnienie).
Wniosek nasuwa się prosty: chcesz się zniechęcić do czegoś/kogoś – prześpij się z tym!