Ciacho

Wczoraj na dyżurze anestezjolog tak do mojego M rzecze:

A: A Ty wiesz, że tu się o Tobie mówi?

M: Tak, a kto, perfuzjoniści?

A: Nie, ale mówi się tu o Tobie, że ciacho jesteś.

 

Hmmm, co w takim razie zrobić, skoro ma się ciacho za męża? Może ciacho, ciachem własnej roboty zniewolić? Postanowiłam spróbować i upiekłam drożdżówki z twarożkiem i powidłami. Jak tylko jakieś efekty próby omamienia męża ciachem zauważę, natychmiast się podzielę 🙂

Wracając do ciasta drożdżowego, muszę się przyznać, że to zdecydowanie moje ulubione. Jakby ktoś mnie zapytał o zapach kojarzący się z domem, ciepłem rodzinnym, bezpieczeństwem, bez najmniejszych wątpliwości wskażę – zapach piekącej się drożdżówki. Wczoraj rozmawiałam z mamą i uśmiałyśmy się troszkę z naszych podobieństw. Obie musimy mieć zawsze w domu kostkę drożdży, ze 2 kg mąki, cukier, masło, mleko, jajka. Lubię wiedzieć, że w każdej chwili mogę wytworzyć mój ukochany zapach.

Ja chyba w ogóle lubię piec. Dzień bez włączonego piekarnika jest dla mnie dniem straconym. Albo musi w nim wyrastać chlebek, albo ciasto, a od czasu do czasu rumienić się mięso. Nie lubię przymusu kulinarnego. Dlatego dania obiadowe powstają u nas zwykle w „wojskowej” ilości. Potem to porcjuję, mrożę i na pracowite lub leniwe dni jest jak znalazł. Często jest tak, że mam ileś tam porcji obiadowych w różnych wariantach, ze 3 chleby i na przykład połowę blaszki ciasta. Rano śmieję się wtedy szeroko i obwieszczam – dzisiaj NIC nie robię, tralala mam wszystko gotowe. Książeczka w raczki, pupa na tapczan, maseczka na twarz, żyć, nie umierać. A potem nadchodzi godzina 21:00, zaczynam się wiercić, czegoś mi brakuje, wyciągam drożdże z lodówki i pytam Marcina – a może byśmy coś upiekli? Dla zapachu, dla atmosfery, dla ciepła bijącego z piekarnika, dla oczekiwania na pyszne, cieplutkie co nieco do wieczornej sesji z książką. Tak wiem, jestem złośliwa, rozpaskudzona, nerwowa, wrażliwa, wymagająca, marudząca, upierdliwa i dla większości nieznośna. Ale i cieplutka jestem, jak świeża drożdżowa bułeczka 🙂

W cieście drożdżowym lubię jego prostotę, to że jest pyszne na słodko i ostro, pieczone i smażone, (gotowane też lubię). Fantastycznie łączy się z dowolnymi sezonowymi owocami, twarożkiem, bakaliami. No i kruszonkę też lubię, nigdy nie mogę się zdecydować, czy wolę ją na surowo, czy jednak upieczoną. Do tego ta porowata struktura żółtawego ciasta, jego elastyczność, wilgotność mmm… Ciasto, które jest pyszne na gorąco i czerstwe również.

Kto się skusi na drożdżóweczkę? Jeszcze cieplutkie!

Ciasto drożdżowe składniki:

  • 50g drożdży;
  • szklanka mleka;
  • 2 całe jajka + 2 żółtka;
  • 0,5 szklanki cukru + 2 łyżki do rozczynu;
  • ok. 0,5 kg mąki
  • 50g masła;
  • szczypta soli.
Wykonanie:
Drożdże kruszymy, zasypujemy 2 łyżkami cukru i czekamy aż się rozpłyną (dla przyśpieszenia można drożdże z cukrem trochę łyżką rozetrzeć). Dodajemy szczyptę soli i szklankę letniego mleka. Do tego dosypujemy trochę mąki, tak aby uzyskać konsystencję gęstego kefiru, mieszamy, zostawiamy do wyrośnięcia. W tym czasie topimy masełko i odstawiamy do przestudzenia oraz wbijamy do garnka/miski 2 jajka + 2 żółtka, zasypujemy 0,5 szklanki cukru i ubijamy na ciepło. Dodajemy masło i ubite jaja do drożdżowej masy, mieszamy. Następnie porcjami dosypujemy pozostałą część mąki i wyrabiamy ciasto łyżką. Ciasto powinno odstawać od łyżki, ale ciągle być lekko klejące. Na tym etapie jeśli ktoś lubi może dodać sparzone rodzynki, czy skórkę pomarańczową. Ciasto przykrywamy ściereczką i zostawiamy do wyrośnięcia. Następnie zbijemy je łyżką, włączamy piekarnik na 180 stopni i w czasie jak on się nagrzewa formujemy bułeczki. Blaszkę wyściełamy papierem do pieczenia, nacieramy łapki olejem (bo się inaczej posklejacie) i formujemy z ciasta coś na kształt bułeczek, okładamy na blasze w odległości ładnych kilku centymetrów (bo bułeczki będą w piekarniku jeszcze rosnąc). No i jeśli chodzi o dodatki, to ja zwykle robię tak: gdy ciasto mam już poporcjowane na blaszce, biorą szklankę, moczę jej dno w oleju i wciskam w bułeczkę, a następnie szybciutko pcham we wgłębienie to, na co mam ochotę (tym razem był to twarożek, a na to powidła). Tylko uwaga, po wgłębieniu za chwile śladu nie będzie, więc trzeba obsługiwać każdą bułeczkę po kolei. Nie da się zrobić we wszystkich wgłębień i potem nadziewać jedna za drugą. Nie zamykam nadzienia ciastem u góry! Ciasto wokół nadzienia smaruję rozbełtanym jajkiem i całość posypuje kruszonką, bo ją lubię i basta. Tak przygotowane pyszności zostawiam jeszcze do wyrośnięcia przed umieszczeniem w piekarniku. Jeśli ktoś jeszcze nie ma drożdżowej wprawy, radzę grzać piekarnik dopiero, gdy bułeczki będą nadziane i z kruszonką. Pierwsze starcie z drożdżowym ciastem może troszkę potrwać i piekarnik może sie nagrzać zanim bułeczki zdążą Wam wyrosnąć. No, to chyba wszystko – pieczemy do złotego koloru 🙂

 

 

 

Ameba

Related Images

Leave a Comment

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.