Bardzo ubolewałam nad tym, że nie zdążyłam wybrać się do kina na film „Szpieg”. No, ale jak ktoś przekłada wszystko tak jak ja, to nic dziwnego (i nauczka się należy). Wiedziałam, że film powstał na podstawie książki, znałam jej tytuł i autora, tylko jakoś nie wpadłam na to, że tą książkę mogę sobie przeczytać. Dopiero, gdy Ida wspominała o niej na swoim blogu doznałam olśnienia. Tak więc przez 2 dni mnie nie było, bo czytałam, czytałam, czytałam (odmówiłam pełnienia jakichkolwiek obowiązków domowych). Luuubię taki kryminały z bohaterami w kapeluszach i prochowcach, z obdrapanymi budynkami i angielską mgiełką. Poza tym sama świadomość, że czyta się powieść szpiegowską napisaną przez pracownika wywiadu przyprawia mnie o motyle w żołądku i wrażenie, że zaglądam tam, gdzie nie powinnam. Jedna sprawa mnie brzydzi. Otóż pierwotny tytuł książki to „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”. Wyobrażacie sobie, że zaczęto ją wydawać pod tytułem „Szpieg” z powodu filmu, który nakręcili na jej podstawie? Dla mnie jest to ohydne, żałosne, malutkie.
No a poza tym, wiosna zaczyna panoszyć się całą gębą. Okna mam już umyte, zastanawiam się jakie kwiatki powinny zamieszkać w doniczkach. Na weekend zaplanowane jest wyniesienie zimowych butów do piwnicy, zrobienie przeglądu lżejszej garderoby, miejsca w szafie i takiego skonstruowania kolejności wydatków ciuchowych, żeby nam to miesięcznych planów finansowych zbytnio nie zaburzyło.
A i jeszcze jedno. Całoroczny ruch na świeżym powietrzu dobrze robi naszej karnacji. Jakiś czas temu moja mama tak intensywnie patrzy na mnie i mówi – kochanie, a nie masz ty za ciemnego fluidu? Niby zawsze tego pilnuję i nie zauważyłam, ale pomyślałam sobie, że pewnie w lepszym oświetleniu mi się mama przyjrzała, więc jest takie prawdopodobieństwo. Potem, któregoś ranka, gdy szorowałam zęby przed lustrem, a włosy sterczały mi we wszystkie kierunki zauważyłam takie jasne plamki w okolicy uszu. Pierwsza myśl – rany, nie zmyłam wczoraj fluidu. Potem stwierdziłam, że się przecież dnia poprzedniego nie malowałam, ale na wszelki wypadek zaczęłam trzeć twarz mleczkiem i wacikiem. A tu nic, plamki jak były, tak są. No i eureka, my sobie zwyczajnie w świecie ryjki opaliliśmy. Dziewczyny z M pracy, orzekły że chodzi do solarium, bo takiej karnacji to on wcześniej nie miał. I za nic nie chcą wierzyć, że nie 🙂
Specjalnie dla Smoczycy zamieszczam w poprzednim poście przepis na drożdżowe ciasto. Jej doniesienia z drożdżowego frontu zrobiły mi wprawdzie kupę radości, ale z drugiej strony ja nauczać lubię 😉