Herbata

Dziś zapraszam Szanownych Czytelników na filiżankę pysznej herbaty. Ja, wielbicielka kawy, rozsmakowałam się w herbacie stosunkowo niedawno. A nastąpiło to, gdy zawarłam bliższą znajomość z herbatami Silkenty. Co takiego one w sobie mają, czego inne, pite do tej pory herbaty nie miały? Otóż  NIE mają żadnych sztucznych aromatów. A do tego jest to herbata wysokiej jakości, nie znajdziecie w niej śmieciowego pyłu, czy masy ogonków, które potem unoszą się na powierzchni i trzeba zbierać je łyżeczką.  Nie lubię herbat w torebkach, a wcale niełatwo kupić dobrą, sypaną herbatę. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że odkąd popularność zyskały sklepy „herbaciane”, znajdujące się w większości galerii handlowych, z zakupem herbat wszelkiej maści nie ma problemu. Z jednym się zgodzę, od mnogości mieszanek herbacianych i aromatów można dostać tam zawrotu głowy. Herbaty w tych wielkich puszkach wyglądają apetycznie, a do tego dochodzą atrakcyjne i spójne z zawartością nazwy. Niestety czar pryska, gdy po pierwsze doszukamy się w składzie mieszanki słowa „aromat” (nawet Herbapol korzysta z aromatów, podobnie jak Dilmah, Lipton, Irving, BioActiv), a po drugie zwykle wyrzucam 1/5 zakupionej objętości, bo okazuje się że to dość śmieciowy towar i na dnie puszki wala mi się pełno wspominanego już pyłu, proszku i ogonków. Z puszek po herbacie Silkenty nie wyrzuciłam jeszcze niczego. Jednym słowem tam gdzie powinny być listki, tam one faktycznie są, a gdzie owoce, czy płatki, tam i one są obecne.

Pisząc ten post, używam słowa „herbata” w bardziej potocznym znaczeniu. Chcę przemycić tu dwa słowa i o naparach z ziół i o czerwonym krzewie, oraz mieszankach z owoców i płatków. Ale zaznaczam, że zdaję sobie sprawę z tego, że pojęcie „herbata” powinno ograniczać się do naparów z liści i/lub pąków roślin z rodzaju kamelia.

Nie będę się tu rozpisywała o zaletach i wadach herbat, o procesie fermentacji, szczepach, można sobie to wyszukać na herbacianych stronach 🙂 Ten post jest raczej poświęcony produktom konkretnej firmy. Dobrą jakość trzeba wspierać i koniec!

Herbata Silkenty „Traditional Oolong”

Nazywana jest też herbatą niebieską, szmaragdową. Ponoć była ona kiedyś zarezerwowana tylko dla chińskich cesarzy. Brzegi liści są fermentowane podobnie jak czarna herbata, a ich środek przypomina liście herbaty zielonej. Uwielbiam obserwować, jak te pozwijane w kulki listki rozwijają się pod wpływem wody. Pamiętajmy, nie zaparzajmy jej wrzątkiem. Możemy te same liście zalewać wodą nawet pięciokrotnie, a wartość naparu wzrasta z każdym kolejnym parzeniem. Opakowanie 120g, cena: 19,90.

Herbata Silkenty „Honeydew Green”

Jest to mieszanka zielonej herbaty (gatunek Gunpowder) z kandyzowanym melonem miodowym i kwiatem moreli. Jak ktoś ma ochotę na herbacianą wiosnę w filiżance lub kubku – polecam! Humor momentalnie się poprawia. Uwielbiam ją pić koło południa, w ramach drugiego śniadanka. Opakowanie 100g, cena: 19,90.

Herbata Silkenty „Breakfast Tea”

Mamy tu ręcznie zbierane liście i pąki herbaty z Ceylonu. Czarną herbatę zaparzamy wrzątkiem. A ja Wam się nie przyznam, że uwielbiam ją zbezcześcić odrobiną mleka 😉 Opakowanie 100g, cena: 19,90.

Herbata Silkenty „Tropical Dreams”

Tym razem nie herbata (w ścisłym tego słowa znaczeniu), a mieszanka kwiatowo-owocowa. A ileż dobra i kolorów tutaj mamy: płatki róży, owoce dzikiej róży, rodzynki, owoce czarnej porzeczki, borówki, truskawki, melon, kwiat słonecznika. Kojarzy mi się ona z dojrzałym, sierpniowym latem. Jest to puszka Silkenty, którą z prędkością światła opróżnia mój M. Opakowanie 100g, cena: 34,90.

Herbata Silkenty „Bombay Chai”

Pod tą tajemniczą nazwą kryje się czarna herbata z Ceylonu z korą cynamonu, kardamonem i suszonym imbirem. To był nasz wspólny typ na zimowe wieczory przy książce. Opakowanie 95g, cena: 19,90.

Herbata Silkenty „Vanilla Rooibos”

No i na koniec zostawiłam moją herbacianą miłość od pierwszego wejrzenia (łyku?). Nie jest to prawdziwa herbata, lecz liście afrykańskiego czerwonokrzewu, które po dojrzeniu i ususzeniu tnie się na 1-2 milimetrowe kawałeczki. Rooibos nazywany bywa inaczej czerwoną afrykańską herbatą.  Silkanty skomponowało liście czerwonokrzewu z płatkami nagietka i naturalną, mleczną esencją wanilii. Dla mnie jest to absolutnie obłędny smak, delektuję się nim jak czerwonym winem, czy gorzką czekoladą. Otwierasz puszkę, a z niej dochodzi zapach strączków wanilii, mmm. Opakowanie 100g, cena: 34,90.

A jak to się stało, że trafiłam na herbaty Silkenty? Stało się to z powodów babsko-blondyńskich. Śliczne puszki wpadły mi w oko i przysięgam, że kupiłabym je bez względu na to co się w nich kryje 🙂

Zostawiamy produkty marki Silkenty i przeskakujemy na chwileczkę do polskich ziółek. Moim faworytem jest napar z liści pokrzywy. Jak ktoś ma ochotę napic się koloru zielonego, zapraszam na herbatkę pokrzywową. Natomiast ulubionym ziółkiem mojego M jest melisa. On jej nie pije, on nią mnie poi, usiłując wmówić mi, że to pokrzywa, albo że się pomylił, albo, że chciał opróżnić kartonik. Jak myślicie, dlaczego? 😉

Ameba

Related Images

Leave a Comment

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.