Dni płyną sobie uroczo przewidywalnym rytmem i dobrze mi z tym. Dobrze mi bez służby zdrowia. Dobrze mi z obecnością męża w domu, z codziennymi spacerami, wieczornymi sprzeczkami, finansowymi nerwami. Nie zamieniłabym tego na życie sprzed 3 miesięcy.
Nareszcie nie czuję się przytłoczona macierzyństwem, mam więcej chwil dla siebie, jakoś tak higieniczniej się zrobiło. Mam wrażenie, że dopiero teraz czuję w pełni radość z bycia mamą.
Ponieważ bycie razem 24h/dobę nie było dla nas najlepsze, postanowiliśmy wynająć biuro. Marcin więc wychodzi sobie do pracy na kilka godzin, w zależności od potrzeb. I to jest właśnie ten złoty środek. Przy Florce absolutnie nie dało się pracować, do tego mając obu rodziców pod ręką stała się małą diablicą. Dzięki biurowemu rozwiązaniu wszystko się ułożyło.
Rano jedziemy na poranny spacer, gdzie jedno z nas spędza czas z dzieckiem, a drugie biega. Obowiązkowo zaliczamy karmienie napotkanych kaczek i pewnego bysia. Byś jest zwierzęciem kopytnym, ale przez to że ma dwie pary rogów, jedne baranie, drugie koźle, nie potrafię powiedzieć co to za dziwo. Przyjęliśmy córki nazewnictwo i skoro ma rogi, jest bysiem i tyle. Otóż odkąd Florka przeszła już z fazy fascynacji mieszanej ze strachem do przyjaźni z bysiem, karmimy i jego.
Tak więc koło 7:30 spacerujemy już sobie z prowiantem dla córki, chlebem dla kaczki i pociętymi marchewkami dla bysia. Po spacerze Marcin ucieka do biura, a ja mam mój wyczekany czas tylko z córką. Ustaliliśmy, że popołudnia są dla mnie, tylko jakoś średnio to wychodzi. Jak Marcin zabiera Florkę na spacer, a ja sobie siedzę i myślę, że mnie tenże spacer omija (nie wiem ile czasu musiałabym spędzić na dworze, żeby stwierdzić, że się „nawychodziłam”), ubieram szybko buty i biegnę za nimi. Wieczorami przyznam, że się obijam. Tylko przy wyjątkowym nawale zleceń udaje się mężowi zagnać mnie do pracy. Na samą myśl o niełatwym czasie, jaki czeka mnie od lutego, chwytam książkę i ląduję sobie na łóżku.
Nawet pewny babsztyl, któremu zachciało się konfrontacji z Marcinem w sądzie, nie bardzo jest w stanie popsuć nam humor.
A jaki ja sen miałam śmieszny. Śniło mi się, że uciekam po nasypie kolejowym (nie wiem przed kim) i robię to w czarnych szpilkach Louboutina. Uciekam i jestem pełna zachwytu nad komfortem biegu w tychże szpilach. Dobiegam do szosy, gdzie przejeżdża TIR, kierowca wychyla się z szoferki, wciąga mnie przez okno do środka w iście bondowskim stylu i mówi – oooo louboutiny! Tak więc myślę, że to sen proroczy i na posiadanie tych butów jestem skazana.
Z tematów biegowych jeszcze tylko wzmianka o tym, że przedobrzyłam i rozdeptałam sobie stopę. A trzeba było wolniej, krócej i po trawie. W cholerę poszły więc mój plan startu w bydgoskiej ZaDyszce.
A poza tym jemy polskie jabłka:
Bawimy się karetką Duplo i ziemniakiem:
No i spacerujemy:
Ameba


