Pamiętacie jak wyglądają takie ospałe muchy, wychodzące wiosną gdzieś z szczelin okiennych? Otóż ja czuję się i wyglądam jak taka właśnie mucha. Jakoś tak do życia nie mogę dać sobie kopa. Robię ostatnio nic i muszę przyznać, że to moje nic jest już perfekcyjne.
Nadkwaśność, którą mam dosłownie po wszystkim (jak również i po niczym), zwyczajnie odbiera mi wszelką radość życia i wysysa energię. Chodzę więc sobie z kąta w kąt z kwaśną miną, albo poleguję to tu, to tam. Próbowałam już niemal wszystkich sposobów na to cholerstwo i nic. Pozostało mi jeszcze zmierzenie się z przeżuwaniem suchych płatków owsianych, ale jakoś nie bardzo w to wierzę.
No, to w przerwach tego polegiwania rzucam sobie okiem na swój zadek i biust i włos się jeży, bo jakby więcej tego było. Jak ja sobie przypomnę, że w pierwszej ciąży przybrałam jakieś 5 kg i to dopiero od trzeciego trymestru, to mam ochotę w czasie się cofnąć. No ale wtedy był czas, żeby spędzać całe godziny na marszu z kijami czy na rolkach, teraz przy mojej małej marudzie nie ma mowy o takim dbaniu o siebie (i drugie dziecko).
Pozytywne informacje są takie, że wszystkie badania naszej rodziny są ok (histopatologiczne Marcina, moczu Florki, USG fasolki i moje laboratoryjne). Poza tym żeby nudno nie było, Marcin podziękował za dalszą „współpracę” Grudziądzowi, bo zachowań kierownictwa oddziału nie można już było dłużej znieść. Śmieję się, że rzucanie pracy jakoś tak lekka ręka nam idzie. Pod koniec ubiegłego roku rozstaliśmy się z etatami, a po kolejnym pół roku ze służbą zdrowia. W obliczu drugiego dziecka i konieczności rozpoczęcia budowy wydaje się to trochę ryzykowne. No ale w życiu nie może być za spokojnie i za nudno.
W rezultacie decyzji „pracowych” szykujemy się do powrotu do Bydgoszczy, z czego bardzo się cieszę. Przed nami najgorsze, czyli wynajem mieszkania. Średnio szuka się mieszkania w Bydgoszczy, będąc około 300 km od niej. Mam nadzieję, że sierpień to będzie przeprowadzkowy miesiąc.
Marcin goni mnie do pracy, ja odgrażam się, że pójdę na chorobowe i tak się trochę przepychamy. Mam nadzieję, że w drugim trymestrze poprawi mi się samopoczucie i złapię ponownie rytm. Samej mi trudno siebie taką znieść.
Migawki czerwcowe gdzieś tam leżą i czekają na publikację, ale dzisiaj chciało mi się trochę pogadać.
Wrzucam poniżej kilka zdjęć z Helu, z urlopu który okazał się małym obozem pracy i umęczył nas jak smok.
Aaaa i zapomniałabym – przewidywany termin porodu to 9 lutego, między dzieciakami będą więc 2 lata i jakiś miesiąc różnicy.
A na tym kutrze, przez 30 lat swojego życia (aż do 2010 roku) mieszkał pewien rybak.




