Tak, tak, 28 listopada obchodziliśmy rocznicę naszego związku. Te 8 lat minęło jak z bicza strzelił. Muszę przyznać, że były to absolutnie cudowne lata, bez kryzysów, przeżyte w harmonii, przyjaźni, miłości, zrozumieniu, dążeniu do wspólnych celów. Nieodłącznym elementem jest wciąż tęsknota spowodowana zbyt częstą rozłąką wymuszoną przez zawód M. Żeby uczcić sobie te wspólne lata i zrelaksować się trochę postanowiliśmy ubiegły weekend spędzić w ładnym miejscu. Wybraliśmy sobie obiekt o nazwie Osada Warmińska. Bliskość Olsztyna była nam na rękę, bo akurat i w piątek i w niedziele mieliśmy zajęcia, więc żeby nie pędzić jak z pieprzem w obie strony 2 razy w ciągu 3 dni postanowiliśmy właśnie tam się zatrzymać. Cały piątek siedzieliśmy jak na szpilkach, czekając na cudowny wieczór przy winku i kominku, o planach na wolną sobotę nawet już nie wspomnę. Po zajęciach odebraliśmy kota z mieszkania Szefa i jedziemy do Osady Polecam, aby wejść na stronę ośrodka i zobaczyć, ich zdjęcia, a następnie porównać z naszymi. Specjalnie strony ośrodka tu nie linkowałam, bo mam dość ładny page rank i nie będę ich promować. Dodam, że 2 doby w tych warunkach miały nas kosztować 860 zł.
No i co tu dużo mówić – syf z malarią. Czekał na nas jadący stęchlizną domek, o powierzchni chyba 20 m kwadratowych. Zamieściłam tylko kila zdjęć, aby oddać urodę ośrodka, który kosztuje ponad 800 PLN za 2 doby 🙂 Tapicerka była w takim stanie czystości, że brzydziłam się usiąść, podniosłam prześcieradło na łóżku o szerokości 60cm, a mym oczom ukazał się materac z zakrzepłą krwią (biorąc pod uwagę okolice tyłka, była to krew miesiączkowa), oświetlenie takiej mocy, że wieczorem nie można by czytać, odchodząca tapeta, kuchnia – sami widzicie jaka, a od kolorów i deseni skupionych na tak małej powierzchni zakręciło mi się w głowie. Jedynym elementem, zgodnym z nazwą SPA, do której rości sobie prawo ośrodek, był wstawiony do łazienki drewniany regalik ze zwiniętymi w rulon ręcznikami. Oczywiście nie muszę mówić, że jak to zobaczyliśmy, tak po zrobieniu fotek chwyciliśmy torby, wyszliśmy i do Bdg wróciliśmy. Teraz tłuczemy się z nimi o zwrot przedpłaty 340 zł, z której chcą potrącić 220 zł. M jest tak wściekły, że dał im 14 dni na zwrot, jeśli nie będziemy interweniować przez UOKiK, nie popuścimy kłamliwym brudasom!
No, a poza tym stara bieda u nas, mamy pełne ręce roboty, nie wyrabiamy się z tą robotą, a na dodatek wygląda na to, że od stycznia nie będzie M jeździł w pogotowiu. Rozpisali nowy konkurs (który dziś unieważnili) i chcą ciąć i tak śmieszne stawki. Jeśli chodzi o te cholerne dyżury, to w koziej dupie jesteśmy, bo pieniądze za nie są zbyt małe na normalne przeżycie miesiąca, więc i tak musimy kombinować dodatkowe zlecenia, a z kolei liczba tych dyżurów powoduje, że nie ma czasu na pracę nad rozwojem naszych firm, przez co w miejscu stoimy, a raczej się zwijamy. Finansowo jest niewesoło, stąd i spadek mojego nastroju i moje nieobecność na blogu. Gdybyśmy mieli swój dach nad głową, nie wpadałabym w taką panikę, ale w obliczu próby odkładania na ten dach wesoło nie jest. Tak więc w głowie buzuje mi pytanie – co będzie od stycznia? Nawet sport z tego wszystkiego zaniedbałam, co mi nastrój jeszcze bardziej obniżyło. Nawet świętami nie jestem w stanie jakoś się cieszyć, raczej udaję, że się cieszę. A w tym roku mamy pierwsze normalne święta, bo M ma ostatni dyżur 19 grudnia. I w końcu jak normalni ludzie spędzimy czas około świąteczny i około sylwestrowy.
Dobrze, teraz uciekam, bo o 2:30 pobudka i do Olsztyna gnamy na 12 godzin zajęć, a potem 250km drogi powrotnej. Trzymajcie kciuki, żebyśmy cało i zdrowo dotarli! Ehhh marzę sobie, żeby w końcu wejść do Was i zobaczyć co słychać, mój blog już pustelnię zaczął przypominać. Pa pa



