Podczas ostatniej wizyty, Profesor postanowił otworzyć mi oczy na to, jaki straszny błąd zrobiłam nie przyjmując mężowskiego nazwiska. I według mojej oceny robił to wybitnie nieumiejętnie. Gdy okazało się, że nie jestem w stanie pojąć dlaczego pozostanie przy swoim nazwisku dowodzi, że z góry zakładam rozwód, Mistrz wytoczył argumenty cięższego kalibru:
– Mistrz: Mężczyźni od zawsze wieszali herby na domach, znaczyli bydło, więc oczywiste jest, że żona powinna nosić nazwisko męża.
– Ja: Dlaczego znów traktuje Pan kobiety jak podgatunek, jak coś gorszego od człowieka. Przecież Pan doskonale wie, że jesteśmy nadludźmi.
– Mistrz: Świetnie to Pani ujęła, wy tylko czasami jesteście nad człowiekiem, jednak w pozycji klasycznej jesteście pod człowiekiem!
No i gadaj tu z takim.
A tak z innej beczki wspomnę, że mi się psyche sypnęła, znów chodzę po domu i popłakuję, znów wszystko jest mi obojętne.
Czekam na słońce, może ono coś zmieni.